sobota, 24 września 2016

Z perspektywy powrotu

   Pewnego listopadowego bardzo późnego wieczoru, w ubiegłym roku, wróciłam do domu po kolejnym kilkunastogodzinnym dniu w pracy. Z irytacją pomyślałam o miesiącach, jakie dzielą mnie od urlopu. Wielu z Was doświadczyło na pewno takich chwil niejeden raz... Tamtego wieczoru ów moment irytacji był dla mnie bodźcem do działania – musiałam zrobić coś, co będzie ważniejsze od trosk codziennego dnia, co będzie motywacją do działania przez kolejne miesiące. Usiadłam przy biurku, uruchomiłam laptop i w pierwszym serwisie turystycznym, jaki wyświetlił się w przeglądarce, zrobiłam rezerwację na pobyt na Wyspie. Sprawdziłam orientacyjne ceny noclegów i przelotow na wrzesień, potem kilka kliknięć i po sprawie. Rano kolejny dzień zaczął się z nową perspektywą - oto powzięłam postanowienie i dobrze się z tym czułam ;). Parę dni potem zarezerwowałam bilety lotnicze. Jechałam na Wyspę!! Naprawdę jechałam na Wyspę!! Może tylko złamanie obydwu nóg mogło mi w tym przeszkodzić ;). Mój projekt spotkał się od razu z pełną aprobatą najbliższych mi osób - wiedzieli, jaki entuzjazm zawsze żywiłam do książek Maud.

   Ogarniała mnie oczywiście euforia, ale i strach, bo jechałam sama. Do tego zdawałam sobe sprawę, że emocje przeżywane w pojedynkę siłą rzeczy mnożą się przez jeden. 
   Wtedy, na początku planów, nie przypuszczałam jednak, że przeznaczenie widziało tą moją podróż inaczej... Jakiś czas potem rozmawiałam dłużej z Bernadką z Kierunku Avonlea. Powiedziała wówczas, że rozważa wyjazd pod koniec lata na Wyspę i może te nasze plany byłyby okazją, żeby się poznać osobiście i razem zajrzeć do świata Maud. W międzyczasie spełniło się życzenie Bernadki o własnym domu na P.E.I. - zaproponowała więc, by rezerwację w Cavendish zamienić na rezerwację w Blue Moon. To samo zrządzenie losu sprowadziło do Park Corner inną miłośniczkę Avonlea - Ewę, która przyjechała ze swoim mężem, Mario. Przyznajcie sami - czy to nie było przeznaczenie? Nie byliśmy już pojedynczymi turystami, jakich tam tysiące, których przywiodła na Wyspę ciekawość tego miejsca - byliśmy "kindred spirits", które spotkały się na Wyspie Księcia Edwarda - celu swoich dziecięcych marzeń.

   Pokłosiem moich planów, jest ten blog. Pisanie o tym, jak polski czytelnik odbierał i odbiera książki Maud, poszukiwane materiałów, które by pokazały, jak zrodził się u nas fenomen (bo to zasługuje na tą definicję) popularności jej twórczości, jest dla mnie nieustającym źródłem radości. Jest jeszcze tyle tematów do omówienia, zagadnień do zbadania, ciekawostek do opowiedzenia! :) Blog był sposobem na pewe duchowe przygotowanie się do podróży.

   Zauważyliście na pewno, że w swoich wpisach z dni na Wyspie, w słowach byłam bardzo oszczędna. Nie dlatego, że nie chciałam się podzielić wrażeniami albo że nie było czasu. Tak naprawdę to brakowało mi słów, żeby opisać te wrażenia. Tego trzeba po prostu doświadczyć, zobaczyć. Dlatego zwykle umieszczałam zdjęcia (do tego niezbyt wysmakowane w kadrach czy precyzji - zdaję sobie z tego sprawę, ale z fotografią totalnie mi nie po drodze ;), więc te zdjęcia to jedynie moje krótkie spojrzenie na to, co widziały moje oczy; ulotne obrazy, które chłonęłam w danym momencie).

   Na Wyspie wylądowałam w środku nocy, więc skryła się ona jeszcze za jej zasłoną przede mną. Dopiero rankiem, kiedy po czterech godzinach snu odsłoniłam okna, powitała mnie blaskiem z Jeziora Lśniących Wód, nad którym stoi Blue Moon, zielenią pól, bielą Silver Bush i błękitem nieba - byłam na Wyspie! Trudno było mi w to uwierzyć. Zawsze mówiłam: "Kiedyś pojadę na Wyspę..." i oto na niej byłam. Głęboki wdech i wydech... i wciąż na niej byłam - to nie sen! Zrobiłam to! :)

   Jeśli chcecie szukać na Wyspie śladów Maud, zacznijcie od dwóch rzeczy: pójścia na plażę i odwiedzenia Silver Bush. Dlaczego? Malownicze wybrzeża Wyspy to jedna z niewielu rzeczy jakich doświadczała Maud i jakie przetrwały od czasów pisarki. W niektórych obszarach utworzono park narodowy, by uchronić przez przeobrażeniem to, co sama Maud podziwiała i szczerze kochała - czerwone klify, brązowy piasek plaż z naniesionymi na nie glonami, szumiące fale Zatoki Świętego Wawrzyńca, szeleszczące i mieniące się pastelowozielone wydmy, skaliste miejscami odcinki wybrzeża omywane przez wodę i przez nią rzeźbione, mieszające się w jedno i podsycane wzajemnie błękity nieba i morza. Barwy tego wszystkiego, z pozoru kontrastowe, łączą się w jedną harmonijną całość, do tego każdego dnia wyglądającą inaczej, w zależności od tego, w jakie kaprysy pogody Wyspa się ubiera! 

   Silver Bush to z kolei dom ukochanej przez Maud cioci Annie. Do dzisiaj pozostający w rękach jej Krewnych. To w tym domu czuła namiastkę ciepła rodzinnego, którego brakowało jej w domu opiekuńczych, ale surowych dziadków ze strony matki (po którym zachowały się jedynie fundamenty i kuchnia). W domu, który stał się inspiracją dla Srebrnego Gaju Pat Gardiner, Maud brała ślub, tu zawsze wracała, kiedy odwiedzała Wyspę jako pastorowa. W mieszczącym się w tym domu muzeum prawdziwie można poczuć ducha Maud: stanąć przed kominkiem, przed którym odbył się jej ślub, przejrzeć się w szybach biblioteczki, w których widziała swoje "przyjaciółki", podziwiać kolekcję pierwszych wydań, zerknąć przez okno na Jezioro Lśniących Wód, przejrzeć się tak jak Maud w lustrze w brązowej oprawie, zobaczyć niebieską skrzynię, przyjrzeć się jej fotografiom, podpisom, dedykacjom, oczami wyobraźni ujrzeć ją idącą po schodach do salonu jako panna młoda, po skrzypiącej podłodze zajrzeć do pokoju, w którym zwykle spała. Ja mogłam jeszcze zobaczyć kilka innych miejsc i rzeczy tego domu. Silver Bush to, obok przyrody, najważniejsze na Wyspie miejsce związane z Maud.

   Szczególnie wzruszająca była wizyta w Birthplace, gdzie mała Lucy Maud, jak o niej mówiła matka (według wspomnienia jednej z jej znajomych), zaznała krótkotrwałej matczynej miłości. 

   Bardzo ważnym momentem było pozostawienie epitafium na cmentarzu w Cavendish - myślę, że tak właśnie należało postąpić.
   Oczywiście, szukający śladów Maud, odwiedzą jeszcze muzeum parafii w Bideford, dom Leardów i szkołę w Lower Bedeque. Okres, w którym Maud pracowała jako nauczycielka w wiejskich szkołach, był dla niej czasem pewnej niezależności, doskonalenia warsztatu pisarskiego i rozbudzenia najważniejszego uczucia. W każdym z tych miejsc zgromadzono ogromną ilość eksponatów, które znakomicie oddają ducha epoki początkującej pisarki.

   Ludzie dbający o te wszystkie miejsca wkładają w swoją ochotniczą pracę wiele serca i oddania. Do tego swoją działalnością służą lokalnej społeczności. Warto o tym pamiętać i, jeśli chcecie przywieźć ze sobą jakieś drobiazgi czy pamiątki, to znaleźć coś w każdym z tych miejsc - książkę, zabawki dla dzieci, wyroby rękodzielnicze...

   Osobny rozdział podróży na Wyspę stanowią latarnie. Całe wybrzeże jest nimi usiane (a czasami znaleźć je można oddalone od brzegu, bo przeniesione). Część z nich jest nadal czynna i o zmierzchu można je spotkać mrugające światłem w stronę Zatoki. Niektóre są udostępniane turystom, niektóre popadły w doszczętną ruinę, a jeszcze inne przemianowano na budynki mieszkalne. Ich zwykle biało-szare elewacje odcinają się na tle wydm, morza, zabudowań rozsianych poza nimi. Czasami wyglądają niczym dumni, ale tajemniczy strażnicy, niektóre to romantyczne duchy przywołujące mgliste wspomnienia, inne zaś to zagubione i opuszczone samotnie. Te latarnie pokażę w jednym z kolejnych postów, bo zasługują na specjalną uwagę.

   A teraz o samej Wyspie, w jej centralnej części (bo tylko w jej obrębie się poruszaliśmy) w ogóle. Wbrew stwierdzeniom, z którymi spotykałam się na wielu stronach internetowych, i chyba powtarzanych za popularnym portalem encyklopedycznym, Wyspa wcale nie jest płaska jak stół. Może w okolicach Summerside i obszarze Red Sands Shore - tak, ale w północnym pasie Green Gables Shore już raczej nie. A przynajmniej takie odniosłam wrażenie, choć zdaję sobie sprawę, że według standardów wytyczanych przez wiedzę geografów, mogę być w błędzie. W każdym razie, kiedy jedzie się przez "highways" w północnej części szlaku Central Coastal Drive, drogi malowniczo wznoszą się i opadają, a pola wokół na wzniesieniach są niesamowicie wyeksponowane. I właśnie te pola... na Wyspie świetnie prosperuje rolnictwo - żelazista gleba sprawia, że drugi produkt eksportowy to ziemniaki. Właśnie teraz na Wyspie kończył się sezon na "wykopki" i rozpoczął się czas orania - pasma ziemi z zielonych przeobrażały się w czerwono-brunatne. Malownicze pola poprzedzielane są miedzami, na których rosną głównie świerki - nigdzie nie widziałam monokultur typowych dla rolnictwa wielkoobszarowego. Te zagony ziemi z przecinającymi je drzewami bardzo przypominały mi rodzimy krajobraz. A jak się jeszcze dołoży do nich widok beli słomy rozsypanych na polu albo kosiarkę zbierającą koniczynę, albo stada krów na pastwiskach - to widok jest już zupełnie znajomy (choć u nas o te krowy to ostatnio już coraz trudniej) ;).  Do tego wiele roślin, które rosną na Wyspie, spotkać można i na naszych łąkach i zaroślach. W tym krajobrazie Wyspy zapewne tkwi element sukcesu, jaki "Ania z Zielonego Wzgórza" odniosła w Polsce - dyskutowałam kiedyś o tym krótko z Michałem z Domu Echa / Echo Lodge. Rodzinne strony Maud, które tak sugestywnie opisywała w książce, w wielu miejscach jako żywo przypominają mi swojskie krajobrazy.
   Skarbem przyrodniczym Wyspy są, według mnie, jej brzegi. Zatoka Świętego Wawrzyńca wcina się głęboko w ląd dużymi zatokami i zupełnie małymi, które tworzą pejzaż przypominający fiordy - tylko język angielski precyzuje różnice pomiędzy nimi (gulf, bay, cove). Nad tymi zatokami ląd opada łagodnie do wody lub tworzy różnej wysokości spektakularnie czerwone klify, które mienią się odcieniami w zależności od światła, jakie na nie pada. Stojąc w pobliżu urwistych klifów, albo widząc je przed sobą daleko rozciągające się wzdłuż wybrzeża, zawsze czułam się w obliczu ich majestatu mniejsza jeszcze niż jestem. Dla mnie są niepowtarzalnym dowodem potęgi natury - wyrzeźbione przez przeciwstawne siły natury: ulotne wiatr i wodę wobec stabilnej ziemi, dają w efekcie niepisane piękno.  Plaże, na których byliśmy, są mozaiką klifów, skał, wypłukanego piasku i wydm. Jeśli się trafi na jakąś bardziej samotną, to aż woła, by usiąść na niej i albo w medytacji słuchać fal przyboju, albo snuć się po ciepłej wodzie, tuż na granicy piasku i fal, i tylko czasami pozdrowić jakąś mijającą nas osobę. Buty, żeby się nie plątały, można zostawić przy wejściu na plażę - nikt nawet na nie nie spojrzy.
   Powiedzieć muszę jeszcze o miejscu, dla którego turyści z całego świata przyjeżdżają na Wyspę - Green Gables. Cóż... - byłam, widziałam, jeśli kolejny raz pojadę tam kiedyś, pójdę jednie na spacer Aleją Zakochanych (chyba tylko tego jednego nie udało się zrobić). Tak jak wspominałam w poście dotyczącym Zielonego Wzgórza, dom zwiedza się sznurkiem. Trudno nawet zrobić jakieś sensowne zdjęcie, kiedy ma się tylko chwilę, żeby przystanąć przed drzwiami kolejnego pokoju, bo za plecami już ktoś napiera. Szczerze? - obłęd. Mieliśmy nawet sposobność, by wrócić tam innego dnia poza godzinami otwarcia (Bernadka porozmawiała z kim trzeba ;) ), ale nie skorzystaliśmy z niej. To naprawdę ładne miejsce - pięknie zestawione eksponaty, zadbane, cały dom jest udostępniony zwiedzającym - ale te tłumy... (a to był już ostatni tydzień sezonu!) i to, że dzisiejsze Green Gables nie mają wiele wspólnego z oryginałem, który posłużył za inspirację, jakoś umniejszają mój zachwyt... Całość jest doskonale zaaranżowaną inscenizacją na potrzeby komercyjne. Jedynie zieleń wokół jest kusząca: Królowa Śniegu, Aleja Zakochanych, strumień, Las Duchów (którym da się przejść tak, by mieć już tylko kilka kroków do Homestead). Ale - w centrum informacji turystycznej wyświetlany jest w krótkim seansie film o pisarce i jej najsłynniejszej książce - w którymś kadrze pojawia się okładka z Naszej Księgarni z lat osiemdziesiątych - także... miło! ;)
   Być na Wyspie, to także zobaczyć pasje ludzi i doświadczyć drobnych przyjemności. Warto znaleźć drogę do którejś z herbaciarni (może tak jak w Blue Wind, podadzą Wam ciasto według przepisu Maud), zajrzeć do licznych niewielkich lokali, gdzie serwuje się owoce morza na wszelkie sposoby (obok rolnictwa, na Wyspie tradycyjne jest rybołówstwo; połowami homarów zajmowali się także członkowie rodziny Maud), poszukać na mapach warsztatów-galerii ceramiki: podejrzeć właścicieli przy pracy i wybrać jakieś cudeńko w kolorach Wyspy.
   Maud tak pisała w The Alpine Path:
   Wyspa Księcia Edwarda jest tym niemniej naprawdę piękną prowincją – sądzę że najpiękniejszym miejscem w Ameryce. Gdzieś indziej roztaczają się bardziej imponujące krajobrazy i wspanialsze scenerie, ale ze względu na prostą, kojącą urokliwość jest ona niedościgniona. „Objęta niewzburzonym morzem” [1] unosi się na falach błękitnej zatoki, zielone zacisze i „miejsce odwiecznego spokoju” [2].
   Wiele swojego piękna Wyspa zawdzięcza wyrazistym, barwnym kontrastom – intensywnie czerwonym wijącym się drogom, błyszczącemu szmaragdowi wyżyn i łąk, wspaniałemu szafirowi otaczającego morza. Morza, które czyni ją Wyspą w większym znaczeniu niż geograficzne. Nie możesz uciec od morza. Z wyjątkiem kilku miejsc w głębi lądu, zawsze jest ono widoczne, nawet jeśli tylko jako malutka przełęcz pomiędzy odległymi wzgórzami albo turkusowy przebłysk między ciemnymi konarami świerku otaczającego ujście rzeki. Ogromna jest nasza miłość do niego, jego ostry zapach wsiąka w naszą krew, jego syreni śpiew zawsze dźwięczy w naszych uszach; i nieważne jak dalekie kraje przemierzamy, szum jego fal zawsze wzywa nas z powrotem w naszych snach do Ojczyzny. Tylko za kilka rzeczy jestem bardziej wdzięczna niż za to, że urodziłam się nad błękitną Zatoką Św. Wawrzyńca.
   Dotąd jednak nie potrafimy zdefiniować uroku Wyspy Księcia Edwarda pod względem ziemi czy morza. Jest on zbyt ulotny, zbyt subtelny. Czasami myślałam, że to odrobina surowości w krajobrazie Wyspy dodaje jej tego osobliwego uroku. A skąd się bierze ta surowość? Czy tkwi ona w mrocznym cętkowaniu świerkiem i jodłą? Czy w migotaniu morza lub rzeki? Czy w zapierającym dech słonym powietrzu? Albo tkwi jeszcze głębiej, w każdej duszy tej ziemi? Bo ziemie mają swoją osobowość, tak samo jak ludzie i aby poznać tę osobowość, musisz żyć na tej ziemi i towarzyszyć jej, czerpać z niej pożywienie dla ciała i ducha; tylko w ten sposób możesz naprawdę poznać ziemię i być poznanym przez nią samą.
   Teraz bardziej rozumiem te słowa miłości Maud o swoim ukochanym miejscu na ziemi...

   Kilka podsumowań i uwag na koniec:
  • kiedy już będziecie na Wyspie, zacznijcie od pójścia nad brzeg morza
  • potem odwiedźcie Silver Bush
  • a potem całą resztę
  • Green Gables można zostawić na jeszcze później
  • jeśli traficie na ładną pogodę, to warto posiłek zjeść gdzieś nad brzegiem morza, tudzież pod latarnią
  • na Wyspę wybierzcie się z jakąś "kindred spirit" - w liczbie pojedynczej lub mnogiej
  • i pamiętajcie, że ceny podawane są w wartościach netto (trzeba doliczyć do nich 14% podatku, a od nowego roku - 15)







[1] Cytat pochodzi z poematu „To the Queen” z cyklu „Idylls of the King” Alfreda Tennysona.
[2] Cytat pochodzi z poematu „The Palace of Art” Alfreda Tennysona.

3 komentarze:

  1. Również uważam, że nasze uwielbienie do Wyspy jest spowodowane podobieństwem jej krajobrazu do tak dobrze nam znanego z "domu". Poza tym opisy Wyspy w książkach Maud, jej piękne porównania i poetyckie zwroty sprawiają, że wszystko jak żywe staje przed oczami i marzy się, żeby chociaż raz zobaczyć to naprawdę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakby to ujal byly sasiad z portowcowego siodmego pietra-pieknie 😃

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakby to ujal byly sasiad z portowcowego siodmego pietra-pieknie 😃

    OdpowiedzUsuń