poniedziałek, 25 września 2017

Okładki "The Golden Road"

   Oto niewielka galeria okładek The Golden Road. Dwa przekłady, dwa tytuły. Podobnie jak w przypadku pierwszej części tej dylogii, tak i tutaj w ostatnich wznowieniach wykorzystano przekład, który powstał jako drugi i opatrzono go tytułem z pierwszego, nieco tylko starszego tłumaczenia.
   Tajemnicą pozostanie nazwisko tłumacza, którego przekład miał się ukazać jesienią 1939 roku; znany jest tylko jego tytuł: "Złota droga".






sobota, 23 września 2017

Ciotka (jak) Maryla

   Ciotki Anny Drzewieckiej, to nostalgiczna podróż do czasów dobrego dzieciństwa i bliskich, którzy je wypełniali. Podróż we wspomnieniach, które jako takie, zawsze osnute są pajęczyną wzruszenia, refleksji i tęsknoty. Przefiltrowane przez doświadczenia dorosłości, nabierają specyficznej barwy i brzmienia. Wśród wspomnień autorki wspomnianej książki wiele miejsca zajmują jej tytułowe ciotki, z których jedną opisuje jako podobną do... Maryli Cuthbert:


[...] Była to surowa, nieledwie kostyczna ciotka, o włosach nieodmiennie ciasno spiętych z tyłu głowy, jakby zasznurowanych ustach i nieco kanciastych ruchach. [...] Kojarzyła mi się nie ze śmiechem, ale z oszczędnością i praktycyzmem. [...] Czytając w "Ani z Zielonego Wzgórza" o Maryli, ciągle miałam przed oczyma ciotkę Mariannę. Na nią też mówiło się w rodzinie - Maryla.


   Książkę polecam - warto przeczytać nie tylko rozdział o "Ciotce Mariannie i zagadce czerwonego kapelusza". Z pewnością niejedna z opisywanych w niej krewnych znajdzie się i we własnej rodzinie...






czwartek, 21 września 2017

Okładki "The Story Girl"

   The Story Girl była jedyną powieścią z dylogii o Sarze Stanley i jej kuzynach, która ukazała się w języku polskim jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym. Jak już wiemy, druga część także miała na to duże szanse, które jednak ostatecznie przekreśliła wojna.
   Janina Zawisza-Krasucka, pierwsza tłumaczka powieści, zatytułowała The Story Girl "Historynką". Druga z tłumaczek, Renata Acher, nadała inny tytuł - "Wakacje na starej farmie". Jej przekład został wznowiony w ostatnich latach, ale opatrzono go tytułem nadanym przez pierwszą tłumaczkę.






wtorek, 19 września 2017

Wśród znaków Zodiaku

   Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, kiedy (wiedziona drobną wskazówka w books.google) "dokopałam się" do niezwykłych rozważań o Ani Shirley i innych bohaterach cyklu powieściowego w Homo  Zodiacus Leszka Weresa. Przeczytajcie je sami...


O życiu uduchowionym, czyli rozwój w fazie Ryb

[...]
   Z konfrontacji z życiem nie najlepiej wychodzą więc zarówno archetypy literackie fazy Ryb, jak i osoby realne. Istnieje wszakże literacka postać, która daje sobie radę zupełnie nieźle. Jest to – z pewnością ku zaskoczeniu wielu czytelników – ANIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA, choć trzeba przyznać, ze reprezentuje ona archetyp pogranicza Ryb i Barana. L.M. Montgomery zresztą trzykrotnie podkreśla, że Ania urodziła się w marcu, sama więc umieszcza swoją bohaterkę we właściwym jej kontekście zodiakalnym (!).
   Nadzwyczajną wprost, prawie chorobliwą wyobraźnię i wrażliwość, charakterystyczne dla fazy Ryb, łączy ona z rzadko u Ryb spotykaną aktywnością, ambicją i umiłowaniem życia – archetypowymi więc cechami dla fazy Barana. Żyje tak zresztą na co dzień: „Podczas gdy Maryla to mówiła, zdawało się, te słońce znowu zajaśniało na twarzyczce Ani. Przede wszystkim zgasł na niej wyraz rozpaczy, potem zakwitł lekki promień nadziei, a oczy zalśniły jak dwie gwiazdy poranne. Dziewczynka była jak przeistoczona..." Postać Ani zyskuje dodatkowo na ostrości przy konfrontacji z trzeźwą i bardzo praktyczną Marylą, reprezentującą spolaryzowaną z Rybami fazę Panny. Do konfrontacji tej powrócę zresztą w następnym eseju. Na razie zostańmy przy Ani. Nie tracąc nic ze swej wrażliwości, nie gubi się ona bynajmniej w emocjonalnych głębinach fazy Ryb. Pojmuje, że w życiu koniec jednego oznacza zazwyczaj początek czegoś innego. Mówi: „Ach jak to jest przyjemnie mieć wyższe dążenia! Jakże się cieszę, że mam ich tyle! A najlepsze jest to, że się nigdy nie kończą. Zaledwie osiągnąłeś jeden cel, już inny, wyższy jeszcze, ukazuje ci się w dali. I to właśnie czyni życie tak miłym!" Wkrótce Ania pojmuje jeszcze jedną prawdę: „Ale teraz czuję dokładnie, że dopóki fiołki będą kwitły w dolinie poniżej Zielonego Wzgórza, a malutkie paprocie będą wychylały swe główki wzdłuż Alei Zakochanych, nie zrobi mi to wielkiej różnicy, czy otrzymam stypendium Avery’ego, czy też nie. Starałam się, jak mogłam najlepiej i teraz zaczynam pojmować, co to znaczy »rozkosz walki«. Najpiękniej jest walczyć i zwyciężyć, ale równie dobrze jest walczyć i szlachetnie przegrać". Śmierć ukochanego przez nią Mateusza nie może więc stanowić poważnego zagrożenia dla jej psychiki: „Ania, która nigdy dotąd nie zaznała ciężkiego zmartwienia, smuciła się, że wszystko idzie dawnym trybem, że życie może toczyć się dalej tak samo – bez Mateusza. Czuła jakby wstyd i wyrzuty sumienia, gdy spostrzegła, że wschody słońca ponad jodłami i jasne różowe pączki w ogrodzie wprawiały ją w dawny zachwyt, że cieszyły ją odwiedziny Diany, a jej wesoła paplanina i żarty pobudzały ją do śmiechu, że – krótko mówiąc – cudny świat kwiecia, miłości i przyjaźni nie utracił nic zgoła ze swej mocy wzruszenia jej, a życie wzywało ją nadal tysiącem nieprzezwyciężonych głosów". I dalej: „Brak mi go tak bardzo... bezustannie... jednak świat i życie wydają mi się tak niezmiernie zajmujące i piękne!"
   Jak na opiekuńczą Rybę przystało, Ania rezygnuje z upragnionego i otrzymanego wreszcie stypendium ze względu na zdrowie Maryli. Mówi: „Będę Maryli czytywała głośno i będę ją rozweselała. Nie możesz być smutna ani samotna! Będziemy żyły we dwie spokojnie i szczęśliwie". Swój cel życia wykłada następująco: „Ja zaś pragnęłabym upiększać życie... Nie tyle chodzi mi o nauczanie ludzi, chociaż wiem, że jest to najszlachetniejsze dążenie, ile o to, aby życie upływało im milej. Pragnę, aby dzięki mnie przeżyli jakąś radość... radość, której by nie mogli zaznać, gdyby mnie nie było na świecie". Doroślejąc, nie gubi bynajmniej archetypowych cech swojej fazy, co poświadcza nawet Mały Jaś: „Nie, mojego Ludka nie mogłaby pani zobaczyć. Tylko ja go mogę widzieć. Ale pani może widzieć swojego własnego Ludka. Czyż to nie cudowne, że my oboje rozumiemy takie rzeczy? – dodał ściskając jej dłoń po koleżeńsku. – Czyż to nie cudowne, że jesteśmy tacy?"
   Czy przeznaczone było Ani być taką właśnie istotą? Większość Ryb uważa, że i losy całego świata, i losy poszczególnych ludzi nie są wolne od nitek przeznaczenia. Podobnie więc jak Judasz działał z nacisku sił, których nie pojmował, a proroczy poemat Jezis, przewidujący rozwój wydarzeń w Witkacowskim „małym dworku", przerastał nie rozumiejącego sensu swoich słów autora, tak Hamlet po zabiciu Poloniusza mówi:

„Lecz pragnąc tego musiały niebiosa
Jego mną karząc, a mnie nim, bym musiał
Być wykonawcą ich woli i biczem".
  
   Nic więc dziwnego, że po szczęśliwym połączeniu się pana Irvinga z panną Lawendą Ania powie: „Kto wie, czy pani Linde nie ma słuszności twierdząc, że przeznaczenie rządzi światem, więc to wszystko musiało się spełnić w jakikolwiek sposób. Ale gdyby nawet... miło przecież pomyśleć, że byłam narzędziem w ręku przeznaczenia". Oczywiście Maryla reprezentuje całkowicie odmienny pogląd na tę sprawę, co jednak nie jest w stanie odebrać Ani jej zwykłego optymizmu: „Drogi, ukochany świat! – szepnęła. – Jakże ja cię podziwiam i jakie się cieszę, że żyję wśród ciebie". Ania więc wyzwoliła się spod wpływu negatywnych energii królestwa Neptuna, władającego symbolicznie fazą Ryb, zachowując jednak to wszystko, co w królestwie tym najcenniejsze, Z punktu widzenia ewolucji zodiakalnej przerosła więc zarówno Franię jak Hamleta. A że uczyniła to za pomocą prostych zupełnie środków, które, gdy były we władaniu Barana w pierwszej fazie rozwoju, wydawały się prymitywne, mało użyteczne, pozbawione głębi, a nawet znaczenia, nadanego im doświadczeniami faz późniejszych, o tym tylko świadczy, iż droga człowieka wzdłuż spirali Zodiaku nie powinna mieć swego kresu.
   Powyższe rozważania nie zamykają cyklu esejów zodiakalnych, gdyż nasza intelektualno-literacka przygoda z Zodiakiem właściwie dopiero się rozpoczęła.



   W kolejnym rozdziale znajduje się ciekawy "eksperyment myślowy", którego tu jednak nie będę przytaczać. Ania z Zielonego Wzgórza występuje w nim jako jedna z wielu postaci literackich, które spotykają się w jednym miejscu i czasie.


   Inny ciekawy fragment także szerzej traktuje o Ani Shirley, ale nie tylko o niej:


Caritas cierpiąca

[...]
   Wydaje się, że z archetypów literackich zaproponowanych w rozdziale O życiu uduchowionym tylko ANIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA wymyka się ukazanym prawidłowościom, umyka śmierci i cierpieniu, ale też pamiętajmy, że po pierwsze, znalazła się ona na Zielonym Wzgórzu jako zaadoptowana sierota, która miała być chłopcem (iście neptunowe to zamieszanie już na samym początku), i sama swoją dobrocią wszystko osiągnęła, a było to możliwe, bo – po drugie – jej postać symbolizuje właściwie już okres przełomu, a więc przejścia od fazy Ryb do Barana. Poza tym, XII-domowe doświadczenia i w późniejszym życiu niecałkowicie ją ominęły. Opieka nad Marylą, zamiast realizacji własnych planów – to przecież chyba najbardziej typowa neptunowa przeszkoda. Ponadto przez dłuższy okres Ania zaznała goryczy rozłąki z Gilbertem, i to właśnie wtedy, gdy wreszcie wyznali sobie miłość i Ania z Szumiących Topoli, z pewnego przecież odosobnienia, stała list za listem do przyszłego męża. To jednak, co jej zostało zaoszczędzone, dotknęło boleśnie jej przyjaciółkę, EWĘ MOORE (Wymarzony dom Ani). Lepiej opowiem o tym od razu, zanim o czymś zapomnę lub poplączę, albo w ogóle przejdzie mi ochota, by cokolwiek powiedzieć. Historia jej życia to archetypowy wręcz zapis tego wszystkiego, co w części przynajmniej staje się udziałem wielu reprezentantów fazy Ryb. Najpierw więc dwunastoletnia Ewa była świadkiem tragicznej śmierci bardzo przez siebie kochanego młodszego brata i pierwsza dotarła do zmiażdżonego przez wiejską furę ciała. W dwa lata potem weszła do pokoju i zauważyła zwisające z lampy zwłoki swego ojca. Małżeństwo zawiera pod psychiczną presją matki (przypomnijmy tu małżeństwo Zygmunta Krasińskiego, zawarte pod silną presją ojca), by zadowolić ją i uratować ojcowiznę. Matka jednak wkrótce umiera, a Ewa zostaje porzucona przez wyruszającego na morze męża. Ten zaś, odnaleziony przypadkiem, a może cudem, w wyniku pobicia jest zdziecinniałym i wymagającym stałej opieki człowiekiem. To jedyna rzeczywistość młodej wciąż jeszcze Ewy, która nie skarży się, lecz ucieka w samotność. Nie koniec to jednak tej wymownej symboliki XII domu, wymagającego od archetypowych Ryb stałego poświęcenia. Nie ma więc Ewa prawa do miłości, choć darzy uczuciem przebywającego czasowo pod jej dachem pisarza. Tymczasem po dokonanej operacji okazuje się, że domniemany mąż Ewy jest w rzeczywistości jego bliskim kuzynem. Czyżby koniec utrapień? Być może, ale nie neptunowego zamieszania. Ania zaprasza do swego domu owego pisarza, by ułatwić kontakt między młodymi, lecz Ewa o tym nie wie. Gdy przypadkowo odwiedza Anię i dowiaduje się o tej wizycie, jest nieszczęśliwa, nie znając przecież jej prawdziwego celu. Wszystko kończy się dobrze, ale czy Posejdon na długo pozostawi w spokoju swoich wybrańców? W jednym ze swoich opowiadań Jarosław Iwaszkiewicz zapytuje podobnie – i sam sobie odpowiada: „Prozerpina musi wrócić do Hadesu”. Przynajmniej w mojej fazie Ryb takie słowa jak „karma” czy „przeznaczenie” silnego nabierają blasku i inną moc posiadają.
   Sądzę, że nie wszystkie młode damy, które próbują tworzyć piórem, wykazują tendencje do pisania takich opowiadań jak Ania podczas swego pobytu na uniwersytecie. Bohaterką jej opowiadania Moje mogiły jest żona księdza metodysty. Mówi Ania: „Zrobiłam z niej misjonarkę, bo chciałam, żeby podróżowała. Na każdym etapie swojej podróży musiała pochować jedno dziecko. Było ich dziewięcioro, a mogiły ich znajdowały się na przestrzeni między Nową Fundlandią i Vancouverem. Opisałam dokładnie wszystkie dzieci, wszystkie rodzaje ich śmierci, jak też pomniki i nagrobki. Zamierzałam nawet uśmiercić i dziesiąte dziecko, ale gdy dziewiąte kładłam już do mogiły, fantazja mnie nagle zawiodła i najmłodszego biedaka zostawiłam przy życiu jako bezradnego kalekę”.
   Czy „opowiadanie” to nie pasuje najbardziej do takich faz Zodiaku jak Ryby, Rak lub Skorpion i czy nie rozmija się zdecydowanie z tym, co po tego typu młodzieńczej „twórczości” spodziewalibyśmy się u reprezentantów takich faz, jak chociażby Barana, Bliźniąt, Wagi czy Wodnika? W każdym razie, znając przecież dalsze losy Ani, możemy zgodzić się, że wyrosła z niej osoba, która jako archetyp literacki stanowi przykład pozytywnych rezultatów osiąganych w życiu również wtedy, gdy przyjście na świat odbyło się w fazie Ryb. Na szczęście nie jest też ona jedynym przykładem pozytywnej manifestacji neptunowych energii. Postaci, ku której zwrócimy się teraz, nie złamały największe nieszczęścia i cierpienia, a właściwie dodały jej tylko blasku.





  • Leszek Weres, Homo-Zodiacus, Cinpo International, Poznań, 1991

niedziela, 17 września 2017

Tabliczka czekolady

   "Mieliśmy kilkaset sióstr i braci" - książka wydana w 1984 roku, jest swoistym dokumentem działalności profesora pedagogiki, Stanisława Jedlewskiego, który był pomysłodawcą, założycielem i przez kilka lat dyrektorem Państwowego Zakładu Wychowawczo-Naukowego w Krzeszowicach. Powstał on z myślą o dzieciach i młodzieży osieroconych wskutek wojny. W opracowaniu tym zawarte są nie tylko materiały archiwalne, ale także relacje wychowanków. Wśród nich znajduje się wspomnienie Anulki:


– [...] Przypominam sobie, że nie kochałam czytania książek, to było w piątej, szóstej klasie... Najstarsze dziewczęta opiekowały się nami. Teresa Bieniek, ja Teresa Żurowska, Krysia Hareńczyk, myśmy były najmłodsze, miałyśmy wtedy po dziewięć, dziesięć lat, a tamte były już prawie dorosłe, poważniejsze. Jedna z dziewcząt, już nie pamiętam, jak się nazywała, miała ze mną „lekcje” czytania „W pustyni i w puszczy”. Mordowała mnie tą książką, chodziłyśmy razem do biblioteki, do czytelni właściwie, na dół, i tam w ciszy musiałam odczytywać z nią ileś tam godzin...
– Nie na głos, tylko przy niej?
– Przy niej. Chodziło o to, żeby mnie jakoś zachęcić do czytania.
– I udało się?
– Nie. Powiem Ci, komu i jak się udało. Pani Krysia Sołtysik, nauczycielka gimnastyki z ogólniaka, która była też wychowawczynią, pewnego dnia powiedziała do mnie: „Słuchaj, jak przeczytasz «Anię z Zielonego Wzgórza», to dam ci tabliczkę czekolady”. No i ja, łakoma na czekoladę, zabrałam się za „Anię z Zielonego Wzgórza”. Przeczytałam ją całą, bardzo mi się spodobała i przeczytałam pozostałe tomy, których było bodajże cztery albo pięć, jeśli nie więcej.
– Wtedy chyba cztery były – „Ania z Zielonego Wzgórza”. „Ania z Avonlea”, „Ania na uniwersytecie” i „Wymarzony dom Ani”.
– Od tego czasu zaczęłam czytać książki. A więc widzisz, że i na to były sposoby.




Pałac Potockich, w którym założono ośrodek wychowawczy w Krzeszowicach
(zdj.: przelom.pl)

czwartek, 14 września 2017

Okładki "A Tangled Web"

   A Tangled Web, opublikowany w 1931 roku, doczekał się tylko dwóch tłumaczeń na język polski: Henryki Stepień i Ewy Fiszer. Przekłady te zostały też odrębnie zatytułowane. Obydwa tłumaczenia pojawiły się w tym samym, 1992 roku.





poniedziałek, 11 września 2017

"Ruch wydawniczy w liczbach"

   Biblioteka Narodowa każdego roku przygotowuje zestawienia bibliograficzne, które publikuje w Ruchu wydawniczym w liczbach. Dane statystyczne wydawnictw zbierane są w oparciu o egzemplarz obowiązkowy. Najnowsze dostępne zestawienia dotyczą rocznika 2014. Oto jak przedstawiają się te dane jeśli chodzi o książki autorstwa Maud Montgomery:






  • www.bn.org.pl/zasoby-cyfrowe-i-linki/elektroniczne-publikacje-bn/ruch-wydawniczy-w-liczbach


sobota, 9 września 2017

Minął rok

   Dokładnie dzisiaj mija rok, odkąd zaczęło spełniać się moje marzenie z czasów dzieciństwa :). Zaopatrzona w dwie walizki, błogosławieństwo krewnych i przyjaciół, ciekawość nieznanego i obawę o trudy podróży, rozpoczynałam wyprawę życia. Po drugiej stronie Atlantyku czekał na mnie świat, krajobrazy i miejsca, które Maud opisywała w swoich książkach i które tak bardzo ukochała. To niesamowite, jak pasja czytelnicza może przeobrazić się w inną jakość. Podróż była bowiem nie tylko zwieńczeniem tej pasji i marzeń, ale początkiem nowych doświadczeń, przyjaźni i wiedzy, a także nowego postrzegania świata i siebie samej. 











środa, 6 września 2017

Rafałowicz-Radwanowa vs. Kowalak-Bojarczuk - cz. 1

   Niniejszym wpisem rozpocznę kolejny cykl postów, w których zapoznam Was z różnicami pomiędzy tłumaczeniami Ani z Szumiących Topoli. Do lektury porównawczej wybrałam bardzo rzadki, mało znany przedwojenny przekład autorstwa Marii Rafałowicz-Radwanowej (1939) oraz tłumaczenie Aleksandry Kowalak-Bojarczuk (1977), które zna większość polskich czytelników Maud. Początkowo sądziłam, że sporządzę jakiś jeden ogólny artykuł, ale im bardziej zagłębiam się w treść, tym więcej "smaczków" znajduję, postanowiłam więc, że będę pisać o tym na raty :)

   Obydwie edycje są przekładami z Anne of Windy Poplars. Pierwotnie Maud zatytułowała powieść: "Anne of Windy Willows", ale pod naciskiem wydawców zmieniła jej tytuł i okroiła z pewnych fragmentów. W wersji pierwotnej książka ukazała się w Wielkiej Brytanii. Aleksandra Kowalak-Bojarczuk dokonała w swoim tłumaczeniu (bądź redakcja wydawnictwa) kolejnych "wycinek"(!).

   A oto, co zdołałam wyłuskać z lektury pierwszego rozdziału:

  • Rafałowicz-Radwanowa pozostawiła dedykację; to ewenement w przedwojennych tłumaczeniach książek Maud, a również i rzadkość we współczesnych przekładach:




  • Rafałowicz-Radwanowa uczyniła Anię w akapicie wprowadzającym do pierwszego rozdziału nauczycielką, pomijając z oryginału, że jest ona Principal of Summerside High School.

  • Kowalak-Bojarczuk wycięła cały fragment opisujący "przygodę" Ani w pociągu jadącym do Summerside:



  • Rafałowicz-Radwanowa przemianowała panią Braddock z koleżanki na ciotkę (u Kowalak-Bojarczuk: przyjaciółka; w oryginale: crony).

  • Zdanie:

    Rebecca Dew's a good cook and a genius with cold potatoes


    brzmi w przedwojennym wydaniu: Rebeka Daw jest doskonałą kucharką, mistrzynią w przyrządzaniu ziemniaków na kilkanaście sposobów, zaś w powojennym: Rebeka Dew jest doskonałą kucharką, a już po prostu mistrzynią w przyrządzaniu sałatki z gotowanych ziemniaków.

  • Mąż Aunt Chatty był u Rafałowicz-Radwanowej architektem, zamiast cieślą / stolarzem (w oryginale: carpenter), co poprawnie przetłumaczyła Kowalak-Bojarczuk.

  • Kowalak-Bojarczuk wycięła fragment, który Rafałowicz-Radwanowa tłumaczy: - Kasia i Basia nie będą szperać w pani rzeczach, gdy pani wyjdzie z domu. To są sumienne, uczciwe kobiety. Rebeka jest ciekawska, ale obgadywać pani nie będzie.

  • U Kowalak-Bojarczuk brakuje fragmentu poprzedzającego opis pokoju Ani: Wiedziałam, że pokocham ten pokoik... Już samo określenie: "pokój w wieżyczce", oddziaływało na mnie dodatnio. Czułam się tak, jak gdybym przeżywała na jawie ową piosenkę, którą śpiewałyśmy w szkole w Avonlea, o "dziewczętach w wysokiej wieży nad szarym morzem".

  • Cały akapit z opisem pokoju zawiera drobne różnice w tłumaczeniach oraz w stosunku do oryginału.

  • U Rafałowicz-Radwanowej pojawia się dziwaczny fragment z dialogiem pomiędzy Anią a panią Lynde, który wskazywałby, że Ania mieszkała u niej; tłumaczka pominęła w tym dialogu Patty's Place: - Dobrze ci tu będzie, tego jestem pewna - rzekła pani Linde, gdy wyszłyśmy stamtąd. - Obawiam się, że te zbyt towarzyskie panie trochę mnie będą krępować w porównaniu z wolnością, jakiej zażywałam u pani - odrzekłam, przekomarzając się z nią troszeczkę. - Wolnością! - syknęła pani Lynde - Żebyś choć powiedziała: swobodą! Nie mów jak Yankeska, Aniu.

  • U Kowalak-Bojarczuk przerobiono fragment o wiatrach:

    I can be so alone up here when I want to be. You know it's lovely to be alone once in a while. The winds will be my friends. They'll wail and sigh and croon around my tower . . . the white winds of winter . . . the green winds of spring . . . the blue winds of summer . . . the crimson winds of autumn . . . and the wild winds of all seasons . . . 'stormy wind fulfilling his word.' How I've always thrilled to that Bible verse . . . as if each and every wind had a message for me. I've always envied the boy who flew with the north wind in that lovely old story of George MacDonald's. Some night, Gilbert, I'll open my tower casement and just step into the arms of the wind . . . and Rebecca Dew will never know why my bed wasn't slept in that night.

    na:

    Gdy zechcę, będę mogła spędzać urocze samotne godziny w moim pokoju. Czasem bardzo miło jest być samą. Zaprzyjaźnię się z wiatrami. Będą wzdychać, płakać i szemrać wokół mojej wieży - zielone wiatry wiosenne, błękitne wiatry lata, karmazynowe jesieni, białe zimy. Ostre, porywiste wiatry wszystkich pór roku.

    U Rafałowicz-Radwanowej zachowany został właściwe cały fragment:

  • Zabawnie u Rafałowicz-Radwanowej wygląda kolejny "smaczek": tłumaczka przemianowała Aunt Chatty  na ciocię Basię, ale w pewnym fragmencie zapomniała o tym i powstało coś takiego:

  • U Rafałowicz-Radwanowej Rebeka musiała czyścić sierść kota, zamiast, zgodnie z oryginałem, czyścić z sierści fotele w salonie za pomocą starej szczoteczki do zębów (w powojennym przekładzie jest to już przetłumaczone dokładnie).


I jeszcze kilka innych drobiazgów tłumaczeniowych:

oryginał
Rafałowicz-Radwanowa
Kowalak-Bojarczuk
Spook's Lane
Upiorna ulica
Aleja Duchów
Weekly Courier
„Przegląd Tygodniowy”
„Kurier Tygodniowy”
Rebecca Dew
Rebeka Daw
Rebeka Dew
Rachel Lynde
Rozalia Lynde
Małgorzata Linde
Aunt Kate
Ciotka Kasia / ciocia Kasia
ciocia Kasia
Aunt Chatty
Ciotka Basia / ciocia Basia
ciocia Misia
Maplehurst
Klonówka
Klonowe Wzgórze
Dusty Miller
Ponury Miller
Marcin
The Evergreens
Wiecznie Zielona
Wieczna Zieleń
Marilla
Marilla
Maryla
Davy
Davy
Tadzio
Dora
Dora
Tola (kiedy wspominana jest w pierwszym rozdziale, u K.-B. zostaje pominięta)



wtorek, 5 września 2017

"Sen - śladem Historynki"

   Nie tak dawno w jednym z postów przytaczałam fragment rozdziału z książki Haliny Bortnowskiej, Wszystko będzie inaczej, w którym autorka wymienia spośród najbardziej cenionych przez siebie tytułów, również Historynkę L. M. Montgomery. W artykule, który ukazał się w magazynie Znak, w 2004 roku (56[595]:122), Pani Bortnowska również przywołuje tą powieść:






  • miesiecznik.znak.com.pl

piątek, 1 września 2017

Okładki "Wymarzonego domu Ani"

   Skoro ostatnio pisałam o Stefanie Fedyńskim, który był pierwszym tłumaczem Anne's House of Dreams, to na deser - przegląd okładek w polskich edycjach powieści.