wtorek, 27 grudnia 2016

"Ania z Zielonej Facjatki"

   W jednym z czerwcowych numerów Przekroju z 1981 roku ukazał się dość obszerny artykuł poświęcony Lucy Maud Montgomery, jej "Ani" i ukochanej Wyspie. Jego autorem był Zbigniew Klein.






 

   „Miejscami droga prowadziła przez lasy, czasem znowu wiła się wzdłuż wybrzeża i zatoki morskiej, gdzie przycupnęła maleńka wioska... To znowu wjeżdżali na wzgórza, z których widać było dalekie wyżyny i niebo spowite w błękitne mgły”. Rudowłosa Ania Shirley może być nadal znakomitą przewodniczką po Wyspie Księcia Edwarda.

   Dziwne uczucie ogarnia człowieka, kiedy spotyka się z krajobrazami utrwalonymi w najpiękniejszej książce lat dziecięcych. Na tej atlantyckiej wyspie, przytulonej do lądu kanadyjskiego, cywilizacja na szczęście nie zburzyła naturalnej zeszłowiecznej harmonii przyrody i architektury. Nie trzeba zamykać oczu, by szukać pod powiekami zapamiętanych obrazów, one trwają nadal, tak jak za czasów Ani z Zielonego Wzgórza.

   Tyle że samego Zielonego Wzgórza nie ma i nigdy nie było. Jest wprawdzie „wielki, rozlegle zbudowany dom”, o którym na długo wcześniej informują drogowskazy z napisem „Green Gables”. Stoi „na najodleglejszym krańcu polany”, ale wcale już nie jest widoczny z wielkiego gościńca, wzdłuż którego ustawiły się, jakby dla towarzystwa, wszystkie pozostałe domki „Avonlea”. Dzisiejsze „Avonlea” ma nader luźną zabudowę, a gęste drzewa zasłaniają dom „Cuthbertów”, który do tego – jak się okazuje – leży głęboko w dolinie! Bo „Zielone Wzgórze”, które tak nierozdzielnie związane jest z Anią, powstało w Polsce z błędu tłumacza! „Gable” – to po angielsku tyle co facjatka. Dom zaś, przed którym stajemy, ma właśnie na piętrze zielone nadproża okienne. Pokoik Ani, tej zatem „Ani z Zielonej Facjatki”, znajdować się ma dokładnie nad drzwiami frontowymi.

   Wiem już, uprzedzał mnie o tym jeszcze w Toronto syn L. Maud Montgomery, doktor Stewart Macdonald, że „wszystko tam jest sztuczne”. A przecież urok owej powieści sprawia, że staję tu z nadzieją znalezienia atmosfery tak dobrze zapamiętanej z dawnych lat.

   Wchodzę przez kuchnię, w której najważniejszym sprzętem jest czarna żelazna kuchenka, opalana ropą, z czterema fajerkami. Mijam sień zastawiona różnymi statkami gospodarskimi. Królują wśród nich przyrządy do gręplowania i nawijania przędzy, kołowrotek oraz trzy strzelby, z którymi Mateusz zwykł chodzić na polowania. Z kolei – salon, gdzie na szerokim stole ustawiono serwu do herbaty, ten najlepszy – dla gości! Wygląda tak, jakby Maryla oczekiwała wizyty pastorostwa.

   Wąskie i strome schody prowadzą na górę. Pokoik Ani – identyczny jak w powieści: szerokie białe łóżko, toaletka, umywalka, półeczka z książkami, ba, nawet otwarta książka na stoliczku ze świecą, fotel z zarzuconym szalem, skrzynia zamiast szafy. „Jakże to cudnie – mówiła Ania – iż codziennie mogę widzieć słońce wschodzące ponad tymi wysokimi wzgórzami i zaglądające poprzez szczyty tych smukłych jodeł!” Zgadza się!

   Jeszcze wizyta w pokoju naprzeciw (napis nad drzwiami: „Maryla”), gdzie na dużej toalecie spoczywa czarna mantylka, zaś świecę Ani zastępuje imponująca lampa naftowa. I ten trzeci pokój, obok schodów, w którym na bujanym fotelu ktoś zostawił wytarty kapelusz, żakiet i laskę. Tylko dlaczego nad wejściem napisano „Mateusz”? Przecież jego skromna sypialka była na dole, a „na górze był po raz ostatni, gdy pomagał Maryli wyklejać tapetą pokoik gościnny”?

   Czar pryska, wraca świadomość, że wszystko tu jest nieautentyczne, a najbardziej – sam dom. Kiedy w latach trzydziestych tereny te stały się częścią parku narodowego, otaczającego Cavendish, którego głównym magnesem miał być sławny na cały świat dom Ani, pani Montgomery zawahała się. Przecież ona nie miała na myśli żadnego konkretnie istniejącego budynku, tworząc go w wyobraźni z elementów wielu ulubionych domów swego dzieciństwa.

   Niemniej topografia młodości autorki splata się różnymi nićmi ze światem Ani. Dom dziadków Maud, w którym spędziła swe sieroce dzieciństwo, stał zaledwie kilkaset metrów dalej. Dzisiejszy „dom Cuthbertów“ wybrany spośród czterdziestu jemu podobnych i przeniesiony tutaj, to dawne mieszkanie panien Webb, kuzynek i przyjaciółek późniejszej pisarki. Jest tu także Aleja Zakochanych rzeczywiście prowadząca na dawne pastwisko i samo Cavendish. będące do pewnych granic – jak wyznała po latach pani Montgomery – powieściowym Avoniea.

   Oto stara szkoła w Cavendish, nosząca dziś imię pisarki. Stoi tu samotnie i wcale nie opodal, ale tuż obok drogi, tak jak wtedy, „biało otynkowany, niski budynek o wielkich (hm!) oknach! Wewnątrz... solidne, staroświeckie ławki z pulpitami dającymi się otwierać i zamykać”. Nie ma już dawno uczniów w tej jednoizbowej szkole. Ale są autentyczne zeszyty i podręczniki Maud, jej świadectwa szkolne i tabliczki do pisania. A za Zielonym Wzgórzem, opasanym asfaltową wstęgą drogi wiodącej dziś do zaczynających się tu pól golfowych, rozciąga się Dolina Tęczy – czyli tereny piknikowe na skraju lasu i jeziora, po którym dzieci pływają łódkami.

   Dom ciotki Maud, pani Campbell, w odległym Park Corner, jest jedyną autentyczną zbiornicą pamiątek po pisarce. Pełno tu fotografii, przedmiotów i mebli związanych z Maud, jest także zastawa stołowa z jej wesela, które tu właśnie się odbyło. Bywała tam często, choć zawsze jako gość, kochając ten dom „najbardziej ze wszystkich miejsc na świecie”. Na kartce papieru znajduję jej słowa: „Niniejszym oświadczam, że staw Campbellów jest właśnie Jeziorem Lśniących Wód, które miałam na myśli w Ani z Zielonego Wzgórza”. L.M. Montgomery-Macdonald. 27 października 1938 r. Widać je z okien, choć muszę uwierzyć na słowo, że ono naprawdę tak lśni. Jest już wieczór, a do tego zima.

   Dom jest dziś własnością wdowy po wnuku ciotki Maud i zarazem nieco chaotycznym, ale pełnym uroku, muzeum pisarki. A także solą w oku władz prowincji, bezskutecznie usiłujących wzbogacić swymi eksponatami liczne „disneylandy” z Anią w herbie.

   Poza szkołą tylko dom urodzenia autorki w uroczym rybackim osiedlu Clifton (dziś – New London) ma jeszcze nieco autentyków: manekina ubrano w jej suknię ślubną, welon i pantofelki, są tam albumy z jej wczesnymi utworami literackimi, a także... pęk włosów ukochanego kota Duffy. Za to „Wymarzony domek Ani" we French River jest już czystą fikcją, choć utrzymaną dość wiernie w stylu przełomu stulecia. Fikcję podkreślają jeszcze stojące na trawniku spore makiety „domu" Diany Barry oraz kościoła prezbiteriańskiego w Cavendish/Avonlea. Jest to już całkiem w stylu ogromnych makiet zamków i katedr w Woodleigh Replicas i Muzeum Figur Woskowych w Cavendish (biedna pani Linde przewraca się pewnie w grobie!), mających stanowić – obok wspaniałych plaż – dodatkową atrakcję dla tłumów amerykańskich turystów.

   Najbardziej autentyczna jest tu przyroda. Wierzę, że Wyspa Księcia Edwarda – pisała pani Montgomery w autobiograficznej książce pt. „Ścieżka alpejska” – jest najpiękniejszym miejscem w Ameryce: intensywna czerwień krętych dróg, jaskrawe szmaragdy wzgórz i łąk, lśniący szafir okalającego morza. Mało jest rzeczy, za które tak jestem wdzięczna, jak za to, że urodziłam się i wychowałam nad błękitną Zatoką Św. Wawrzyńca”. To przecież cała Ania!

   „Ania z Zielonego Wzgórza” narodziła się z dwuwierszowego zapisu w notesie: „Pewne starsze małżeństwo zwraca się do sierocińca o przysłanie chłopca. Omyłkowo wysyłają im dziewczynkę”. Pomysł ten autorka wzbogaciła całą galerią postaci i opowieściami zasłyszanymi od cioci Campbell.

   Miała z tego powstać rozszerzona nowela, ale temat rozrósł się do powieści, pierwszej w dorobku L. M. Montgomery. Pisała owa książkę wczesnymi rankami od wiosny 1904 r. do października 1905 r., po czym ufnie wysłała ją do wydawcy. Jednego, drugiego, trzeciego, czwartego – wszędzie spotykając się z odmową. Piąty stwierdził, że rękopis ma pewne zalety, „ale nic wystarczające do zaakceptowania do druku". Zrezygnowana wpakowała „Anię” do pudła po kapeluszu, obiecując sobie skrócić ją kiedyś do rozmiarów nowelki, drukowanej ew. w odcinkach w którymś z czasopism dla dziewcząt, co powinno jej przynieść 30, a może nawet 40 dolarów.

   „Anię” uratowały... wielkie porządki, których Maud zresztą nie cierpiała. „Wątpię, czy porządki są tak absolutnie niezbędne – zwierzała się w liście do przyjaciela po piórze, Ephraima Webera. – A jednak tak wątpiąc robię je nadal! Mogę stracić wiarę w przeznaczenie, wolne wybory czy Niepokalane Poczęcie, ale nigdy nie popełnię herezji utrzymując, że w ogóle można istnieć bez dorocznego przewracania domu do góry nogami”. Wtedy właśnie, przed Wielkanocą 1907 roku, natrafiła na porzucone pudło, przekartkowała rękopis i postanowiła jeszcze raz spróbować.

   Bostoński wydawca L. C. Page miał wielką ochotę postąpić z nim tak samo jak jego poprzednicy. Niezwykłym trafem powieść przeczytała jedna z pracownic, pochodzącą akurat z Wyspy Księcia Edwarda. Zachwycana, dokonała cudów, aby przełamać opory szefa. Wiosną 1908 roku Maud odesłała ostatnie korekty, zadowolona, choć szanse książki oceniała skromnie. „Nie wyobrażaj sobie – pisała do przyjaciela – że wreszcie powstała wielka powieść kanadyjska. To raczej taka opowieść młodzieżowa, adresowana do dziewcząt. Nawet mi się nie śni sukces...”

   Ale już w listopadzie ukazało się szóste wydanie amerykańskie, a do maja następnego roku – pięć wydań w Anglii. Po pięciu latach „Ania" doczekała się tych wydań 32, a 38 popularny nakład wyszedł w maju 1914 roku w 150 tys. egzemplarzy! Książkę przetłumaczono na 15 języków oraz wydrukowano alfabetem dla niewidomych.

   Z całego świata zaczęły płynąć listy. Maud ze zdumieniem dowiadywała się, że Anię pokochali nawet „mężczyźni będący już dziadkami, starzy pionierzy w australijskim buszu, misjonarze w Chinach, mnisi w zagubionych klasztorach i rude dziewczęta z całego świata”. Powodzenie nie zawróciło jej w głowie. Dostrzegała braki książki: szkolne sukcesy Ani były mało przekonywające, zakończenie zaś zbyt konwencjonalne (nie wiedziała przecież, że powróci znów do swej bohaterki!). „Jestem tak nią zmęczona, że nie widzę w niej, ani w samej książce ani jednej zalety i stale muszę siebie przekonywać, że ludzie rzeczywiście szczerze ją chwalą”. Kiedy w 1935 r. dekorowano pisarkę Orderem Imperium Brytyjskiego, Maud dumała nad królewskim dyplomem: „Wątpię, czy ten biedny człowiek w ogóle kiedyś słyszał o swej „wiernej i drogiej Lucy Maud Montgomery Macdonald” zanim położył tu swój podpis”.

   Matka – mówi mi teraz jej syn – nigdy nie lubiła tej książki. Wydawcy stale domagali się nowych powieści o Ani. Pisała je z prawdziwą niechęcią, czując się pokrzywdzona, że nie doceniają znacznie – według niej – lepszego cyklu o Emilce, a jeszcze bardziej – jej utworów wierszem. W 1939 r. ukazała się „Ania z Ingleside”, ostatnia z tego cyklu, ale syn stanowczo twierdzi, że matka miała prawie już gotową kolejną, dziewiątą powieść o Ani. Spaliła ją wraz ze wszystkimi papierami osobistymi przed śmiercią. A przecież już w 1920 roku, pisząc „Rillę ze Złotego Brzegu”, przysięgała, że ostatecznie i raz na zawsze skończyła z Anią. „która wisi nade mną jak zmora”.

   Trzy czwarte wieku trwa już triumfalny pochód rudowłosej marzycieli przez świat. Powieść adaptowano dwukrotnie dla filmu i wiele razy dla sceny (także i w Polsce). Musical święcił niebywałe sukcesy w Nowym Jorku, Londynie i Nairobi, a telewizja brytyjska nakręciła w 1975 roku cały serial. Miał on tak wielką popularność, że wyświetlono go ponownie już po 18 miesiącach.

   W Japonii zaś, w której w latach 1954 – 1975 sprzedano ponad 7 milionów egzemplarzy utworów L. Maud Montgomery, a spore fragmenty Ani weszły do podręcznika szkolnego, okazało się, że dzieje Ani zna tam 99 procent skośnookich dziewcząt.


   Producenci zarobili na tej książce ciężkie miliony, ale autorce ani też jej spadkobiercom nie przypadł z tego nawet złamany cent. Umowa z 1907 r. nie zawierała bowiem żadnej klauzuli o prawach autorskich do adaptacji scenicznych i filmowych. A zresztą czyż pewna wiejska nauczycielka na zabitej deskami prowincji, posyłająca z uporem do parafialnych i szkolnych czasopism swe wierszyki i opowiadania –  mogła przewidzieć, że jej rudowłosa bohaterka na całe stulecie zawładnie sercami milionów ludzi wszelkich ras i generacji?

2 komentarze:

  1. Mam ten artykuł w domu :D Niestety tylko jego pierwszą stronę. Gdy tylko zobaczyłam zdjęcie natchnęło mnie, że już gdzieś go widziałam. I faktycznie był w pamiątkowych szpargałach :D Razem z artykułem "Maud z Wyspy Księcia Edwarda" z ukazującego się kiedyś magazyny "5-10-15" :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się w takim razie, że przypomniałam go w ten sposób :)
      A mogłabym prosić Cię o skan tego drugiego, z "5-10-15"?

      Usuń