wtorek, 18 kwietnia 2017

O pierwszym spektaklu telewizyjnym

   Teatr Telewizji swój pierwszy spektakl wystawił w 1953 roku; pięć lat później rozpoczęto realizację przedstawień skierowanych do młodych widzów. Jednym z bloków teatralnych, emitowanym przez dwa lata, był Młodzieżowy Teatr Telewizji. Pierwszym spektaklem przygotowanym w jego ramach była adaptacja "Ani z Zielonego Wzgórza" (z 15 maja 1958 roku). W magazynie filmowym "Ekran" z tamtego okresu  (nr 27/1958) ukazała się jej recenzja napisana przez Panią Barbarę Wachowicz, zatytułowana: "Powrót ANI".






   Ta chuda, rudowłosa, o poważnych, szarych oczach dziewczynka z Avonlea była ukochaną postacią dzieciństwa tysięcy dziewcząt. Od czasu, gdy po raz pierwszy opowieść o losach Ani z Zielonego Wzgórza dotarła do ich rąk, upłynęło wiele lat, piękno dziewczęcych marzeń zatarła wojna, zmieniły się młode czytelniczki powieści Lucy Maud Montgomery... Ale Ania pozostała zawsze tą samą urzekającą liryzmem i wdziękiem istotką, która chciała „mieszkać na gwieździe i tańczyć z kwiatami na łące". Przez trzeźwe dziesięciolecie 1946-1956 marzycielska dziewczynka z Zielonego Wzgórza nie miała prawa wstępu na półki księgarskie. O to, by wróciła dziś do nas nie tylko w okładkach książki, zatroszczył się Młodzieżowy Teatr Warszawskiej Telewizji.
   Andrzej Konic adaptując powieść Montgomery na widowisko telewizyjne ograniczył fabułę do kilku najbardziej charakterystycznych momentów akcji, wyeliminował przeżycia szkolne Ani i (czego mu na pewno nigdy nie darują wszystkie podlotki) usunął postać czarnookiego Gilberta. Ze względów techniczno-oszczędnościowych zabrakło także w audycji Zwierciadła Elfów, Jeziora Lśniących Wód i Białej Drogi Rozkoszy, a z pachnących miodem pól koniczyny, pierzastych paproci i śnieżnych wiśni Avonlea – pozostały tylko sztuczne kwiaty jabłoni zaglądające nieśmiało na Zielonym Wzgórzu, do kuchni w której reżyser zamknął cały spektakl.
   To, że jesteśmy nim jednak zachwyceni, że odnaleźliśmy w audycji obraz małej marzycielki z wyspy księcia Edwarda, jest przede wszystkim zasługą uroczej telewizyjnej Ani – DANUTY PRZESMYCKIEJ.
   Danuta Przesmycka (absolwentka PWSA Zelwerowicza) nagrodzona w bieżącym roku nagrodą artystyczną za całokształt twórczości aktorskiej dla dzieci i nagrodą telewizyjną za rolę Ani, występuje obecnie na scenie warszawskich Rozmaitości w tytułowych rolach Księcia i żebraka. W Ani z Zielonego Wzgórza stworzyła jedną z najpiękniejszych kreacji dziewczęcych, jakie mogliśmy oglądać w ostatnich latach. Rola Ani nie należała na pewno do najłatwiejszych. Poza opanowaniem olbrzymiego tekstu nastręczała nielada trudności interpretacyjne. Każdy z nas „widzi" jakoś Anię Shirley. Zadaniem artystki było więc stworzyć taką postać, byśmy mogli powiedzieć: To nie jest „moja" Ania – ale właśnie taka mogłaby być. Ania Danuty Przesmyckiej na pewno mogłaby być.
   Złożona psychika wrażliwego, subtelnego dziecka, marzycielskiego i jednocześnie wybuchowego, pełnego liryzmu i... popędliwości została oddana z prawdziwą maestrią. Przyszły tu aktorce z pomocą znakomite warunki zewnętrzne – dźwięczny. dziecięcy timbre głosu, drobna pełna dziewczęcego wdzięku twarz.
   — Miałam nieco inną „wizję" Ani — opowiada o pracy nad tą rolą Danuta Przesmycka — niż reżyser Bogdan Radkowski, który uważał, że Ania powinna stale „grać" — nie tylko „przeprosiny" pani Linde ale wszystkie swoje radości i smutki. Wyczuwałam intuicyjnie, że przy takiej interpretacji postać Ani nigdy nie stałaby się widzowi bliska i postarałam się o przeprowadzenie swojej koncepcji. Największą trudność sprawiały mi sceny „wybuchów" Ani, najlepiej czułam się w momentach lirycznych. Za jeden z trudniejszych fragmentów audycji uważam „wyznanie" Ani o rzekomym zagubieniu przez nią drogocennej broszki. Ania po raz pierwszy w życiu (zmuszona do tego) kłamie. Starałam się timbrem głosu i mimiką oddać przykrość, jaką sprawia dziewczynce to pierwsze kłamstwo. (Kilkunastoletni chłopiec, który oglądał wraz ze mną audycję stwierdził kategorycznie patrząc na zmieszaną twarzyczkę Ani: „Ale zmyśla"). Rola Ani – jednej z najmilszych postaci mego dzieciństwa – sprawiła mi wiele satysfakcji. Bardzo lubię typ ról obrazujących rozwój psychologiczny – od dziecka do człowieka dorosłego. Tak też starałam się odtworzyć ewolucję Ani Shirley od małego, patetycznego dziewczątka, które albo wpadało w „otchłań rozpaczy", albo wznosiło się na „szczyt szczęścia" do dojrzałego człowieka, który swe „ukochane. piękne myśli" przechowuje w sercu jak skarby.
   Tyle odtwórczyni głównej roli. Nam pozostaje jeszcze pogratulować jej sukcesu oraz przekazać słowa uznania pod adresem pozostałych wykonawców (Jadwiga Kuryluk. Teofila Koronkiewicz. Renata Kulakowska, Halina Drohocka. Kazimierz Wichniarz). I westchnąć żałośnie, że ubóstwo środków telewizyjnych nie jest w stanie oddać całego piękna uroczej Ani z Zielonego Wzgórza.
BARBARA WACHOWICZ





Z dedykacją od odtwórczyni roli Ani Shirley.



   Jeszcze w tym samym roku zrealizowano "Anię z Avonlea" z tą jednakową obsadą głównych ról.






   Dziękuję Panu Andrzejowi Kuźmińskiemu za cierpliwe przeszukanie swoich archiwów w poszukiwaniu jakichś innych recenzji :)
  • ww.filmpolski.pl/fp/index.php?film=525172
  • www.filmpolski.pl/fp/index.php?film=525200
  • teatrtv.tvp.pl/10385927/dla-najmlodszych-widzow




4 komentarze:

  1. Ciekawy artykuł, a w dodatku sporo archiwalnych zdjęć - brawo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te zdjęcia szczególnie mnie ucieszyły - tak mało jest źródeł o pierwszych realizacjach teatralnych adaptacji książek Maud.

      Usuń
  2. Mam nadzieję, że ktoś wyciągnie kopię tej "Ani..." z archiwum i będziemy mogli sami przekonać się o jej wartości.
    Wydaje mi się, że w tekście pani B. Wachowicz jest pewna nieścisłość dotycząca okresu kiedy nie można było wydawać "Ani...". Autorka podaje lata 1946-1956, a przecież od 1947 do 1948 wydano trzy pierwsze tomy przygód rudowłosej dziewczynki. Także indeks książek podlegających cenzurze datowany był na bodajże 1950, 1951 rok....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Anie" nie były objęte indeksem, który wyszedł w 1951 roku, więc nic nie stało na przeszkodzie ich publikacji. Jednak, faktycznie, w datach jest błąd. Wydawnictwo Arcta ("gałąź" przedwojennej firmy przeniesiona wówczas już do Wrocławia), wydało w latach 1947-48 trzy tomy serii. Jest to więc nie dziesięć, a osiem lat.

      Usuń