czwartek, 21 lipca 2016

Bluszcz o Ani

  


   Po 15 latach od pierwszego wydania „Ani z Zielonego Wzgórza”, zachwyt polskich czytelników nad powieścią L. M. Montgomery nie słabł. W ciągu tych lat, pierwszy tom cyklu o Ani pojawił się jeszcze 3 razy (w 1919, 1921 i 1925),  zaś „Anię z Avonlea” wydały w jednym roku (1924) dwa wydawnictwa.
   Jedna z dłuższych recenzji tych dwóch tytułów pojawiła się w „Bluszczu” z 17 kwietnia 1926 roku. O „Ani z Zielonego Wzgórza” H. B. pisze:
 

 


 
   Na Zielonem Wzgórzu, na skraju osady Avonlea, stoi stary dworek, otoczony ogrodem. Mieszka w nim rodzeństwo Culbert. Brat, to nieśmiały, niezgrabny, odludek, i poczciwy do szpiku kości Mateusz. Siostra – to surowa i pełna niezłomnych zasad, poważna, choć ze skłonnością do wesołej ironji, sprawiedliwa i zacna Maryla. Pracują ciężko na swym, odziedziczonym po ojcach, kawałku ziemi, jak wszyscy ich sąsiedzi, farmerzy kanadyjscy, a że są już niemłodzi, chcą sobie zapewnić pomoc w pracy i sprowadzają z miasta, z Domu Sierot, chłopca, aby go wychować na przyszłego pomocnika.
   Sprowadzają chłopca – a tu przez jakieś nieporozumienie przyjeżdża dziewczyna! Jedenastoletnia dziewczynka, chuda, rudowłosa i piegowata, Anna – sierota w „wyrośniętej” burej sukience, i zaraz na wstępie prosi, żeby ją nazywano Kordelją, „bo Ania to takie prozaiczne imię,” a ona lubi tylko „poetyczne” imiona!
   I w tej nieuwzględnionej przez prozaiczną Marylę prośbie mieści się cała Ania, która kocha wszystko, co jest „poetyczne” i „romantyczne”, i nadbudowuje sobie szare i ubogie życie małej niańki u obcych ludzi, a potem wychowanki z Domu Sierot, wyobrażając sobie różne śliczne i wzniosłe rzeczy. Udaje się jej to znakomicie, bo ma wyobraźnię wprost niesłychaną.
   Zaraz na wstępie pozyskała sobie, wcale o tem nie wiedząc, serce Mateusza, tego starego dziwaka, który, jak ognia, bał się kobiet i dziewczynek. Maryla chce naprawić omyłkę, odesłać Anię do Domu Sierot, ale po kilku dniach decyduje się zatrzymać ją u siebie, trochę przez litość nad „sierotą, której nikt nie chce”, a trochę dlatego, że i ona ulega czarowi tego dziwnego dziecka. I oto „Ania znikąd” staje się „Anią z Zielonego Wzgórza” – i wnosi w spokojne, pracowite życie fermerów masę poezji i wdzięku.
   Żyje w ciągłem zachwyceniu. I tak się jakoś staje, że w sferze jej działania cała rzeczywistość dosięga poziomu, stwarzanego jej wyobraźnią; i rzeczy, i miejsca, które podziwia Ania. owiane są takim czarem jej zachwyconej duszy, że nawet prozaiczna Maryla, nawet rozsądna mała przyjaciółeczka Ani, Djana, nawet pełna cnót gospodarskich sąsiadka, pani Małgorzata Linde – nie mogą się temu oprzeć.
   Ania żyje sobie, jak w bajce, na tem Zielonem Wzgórzu. Wpada wprawdzie w krótkotrwałe rozpacze i niejednokrotnie ma „złamaną duszę”, z powodu różnych nieszczęśliwych przygód, wywołanych jej roztargnieniem, ale świat jest za piękny, żeby mogła się długo martwić.
   Książka jest napisana z wielkim talentem, a postać Ani przeprowadzona konsekwentnie i znakomicie. Niełatwe to było zadanie, bo kwestja jest rzeczywiście dość ryzykowna: jedenastoletnia dziewczynka, przemawiająca całemi potokami słów przesadnych, napuszonych i patetycznych, która pomimo to nie jest ani śmieszną, ani nieznośną, tylko przeciwnie, ujmująca i pełną wdzięku. Jedenastoletnia dziewczynka, która rzewnemi łzami płacząc nad swem sieroctwem i opuszczeniem, ani na chwilę nie porzuca górnolotnego stylu, i mówi, jak z książki – a pomimo to nie wygląda wcale na komedjantkę, i budzi najszczersze współczucie! Przemawia napuszonym, sztucznym językiem, upaja się swojemi słowami – a pomimo to odczuwa się ją, jako do gruntu prawdziwą i szczerą!
   Taką Anię niełatwo było „zrobić” – a jednak „zrobiona” jest doskonale.
   Inne postacie, jak Mateusz, Maryla, panie Małgorzata – również są doskonałe. Atmosfera dziwnie szlachetna i pełna nieopisanego wdzięku. Życie w ślicznej Avonlei płynie tak, że aż czytelnik dziwi się, czyż to możliwe, żeby tak żyli, czuli, i mówili prości farmerzy z wyspy ks. Edwarda? A jednak nie wygląda to na przesadę. Przeciwnie, wynosi się wrażenie, ze widocznie tak tam być musi – i jakże jest miło zajrzeć do ich świata, tak różnego niż ten, w którym my żyjemy!
 
 
Kolejna część recenzji poświęcona jest „Ani z Avonlea”:
 
 
   Ania, jej koleżanki i koledzy, dzieci z Avonlei, ukończyły szkołę i przestały już być dziećmi. To młodzież samodzielnie pracująca, rozprawiająca o zasadach i ideałach, zakładająca związki, marząca o wyższych studjach, stypendjach, uniwersytetach. Na tem tle Ania dawna piegowata, ruda mała Ania, obecnie młoda, ideowa, pełna zapału nauczycielka w Avonleaskiej szkole. Jej górnolotny styl obniżył się o jeden stopień – ale pozostała dusza, żyjąca w ciągłem zachwyceniu.
   Nie opanowała Ania swego roztargnienia, które wpędza ją w komiczne przygody, ale opanowała największą swą wadę, upajanie się własnym patosem, i brak prostoty. „Poetyczna” Ania, stała się w gruncie rzeczy, konsekwentną, wyrobioną, wartościową, mądrą kobietą.
   Całość pod względem artystycznym ustępuje nieco pierwszej części, mniej może ma wdzięku. Przedstawia natomiast dużą wartość pod względem społecznym i wychowawczym.
 
 
 
  • korzystałam z zasobów Cyfrowej Biblioteki Narodowej POLONA
  • zachowałam oryginalną pisownię i styl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz